(...) „W lutym 1940 roku zostały aresztowane rodziny znajomego osadnika wojskowego oraz gajowego i osadzone w wagonach bydlęcych na stacji kolejowej. Zima była bardzo ostra, więc my byłyśmy wysyłane przez nasze matki do uwięzionych z żywnością i ubraniem. Dorosłych żołnierze sowieccy do wagonów nie dopuszczali, ale dzieci w różny sposób jakoś tam się dostawały. Brak wiadomości od tatusia nie dawał nam spokoju. Nadszedł 13 kwietnia 1940 roku. W nocy walenie do drzwi, okien i krzyk: – otkrywaj! Nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Rewizja. Dom przewrócony do góry nogami, wszystko porozrzucane, płacz młodszych sióstr. Mamusia każe mi pilnować dzieci, a tu żołnierze z karabinami zwróconymi w naszą stronę. Mamusia gubi się w tym, co wziąć i jak to spakować. Sąsiedzi drzwiami od kuchni wynoszą, co tylko zrabują. Co za ludzie! Młodsza siostra płacze, że chce jeszcze spać, a tu żołnierze poganiają, żeby prędzej się pakować. Ja pilnuję tylko dzieci, żeby się nie plątały przy rewizji i swojej teczki z książkami i zeszytami. Wreszcie kończy się rewizja. Każą wychodzić z domu i załadowują na furmankę. A na dworze okropna pogoda, deszcz ze śniegiem, chlapa, nawet niebo nad nami płacze. Po dowiezieniu na stację ładują nas do bydlęcego wagonu. Jesteśmy pierwsi, dostaliśmy górne prycze. Wagon szybko się zapełnia. Zaczyna się ruch, płacz, dzieci domagają się jedzenia, dorośli modlą się. Co teraz z nami będzie, dokąd nas powiozą? Stoimy przez tydzień. Znajomi przynoszą jedzenie i co kto może. Przyszedł nasz ksiądz proboszcz Józef Gogoliński pomodlić się razem z nami i pobłogosławić na nieznaną drogę. Po tygodniu, nocą, rusza nasz transport. W wagonie tylko płacz i modlitwa." (...)
Trudna droga do Polski, Irena Weber










