„Było promienne słońce, niebo bez chmurki – jak przez cały ten wrzesień. Miałam na sobie szary kostium wełniany, pewnie z jakąś bluzką, ale nie pamiętam jaką, miałam wełniany sweterek z krótkim rękawem w poprzeczne paski z francuskich kolorów, ale chyba nie w nim wędrowałam, a może? Jako bagaż jesionkę, małą teczkę i pewnie torebkę. Szłam więc szosą, wypatrując samochodów, jakby na autostop, choć wtedy nie znałam tego pojęcia. Nie wiem, czy jakieś jechały, ale dobrze pamiętam ciężarówkę, która na mój znak zatrzymała się i zabrała mnie. W szoferce siedzieli dwaj młodzi, sympatyczni żołnierze, weseli, jakby jechali na majówkę, nawet śpiewali po drodze. Usadzili mnie w środku i zapytali, czy nie jestem głodna. Oni mają dość jedzenia, „armia panią nakarmi”. Dostałam chleba, pomidory i duży kawał kiełbasy do ręki. Jechaliśmy wesoło, żartując i ze śpiewem, tylko za każdym razem, gdy słychać było nadlatujące samoloty, zatrzymywali momentalnie auto, wyskakiwali jak z procy i pędem uciekali w pole, ciągnąc mnie z sobą. Samoloty nawet jak nie rzucały bomb, pikowały i prały z karabinów maszynowych do wszystkiego, co się ruszało. Nas nigdy nie trafili, ani auta. Za którymś razem, gdy znowu padłam twarzą w krzaki kartofli (jakoś nie pamiętam innych pól, jakby tam wszędzie rosły kartofle), zapytałam, po co uciekamy tak daleko, zamiast skryć się w rowie. Otóż dlatego, że samochód jest wyładowany amunicją. (...)”










