Fragmenty » Kawa z prezydentem Kostaryki
Oprawa Miękka
Z Pisac przejechaliśmy do Ollantaytambo. Było to jedno z największych miast inkaskich, leżące na wysokości 2800 npm, częściowo na zboczu góry, częściowo w dolinie rzeki. Stanowiło ono twierdzę otoczoną murami obronnymi o wysokości 3-6 metrów i strzegło północnego wejścia do Świętej Doliny. W górnej części miasta znajdowało się centrum religijne. Jest tam niedokończona świątynia słońca, częściowo zburzona przez Hiszpanów. Materiałem używanym tutaj do budowy świątyni był różowy porfir, transportowany przez budowniczych inkaskich z kamieniołomów znajdujących się na górze po drugiej stronie doliny. Na zboczu góry po przeciwnej stronie doliny zachowały się również spichlerze. Gdy zwiedzaliśmy ruiny górnej części Ollantaytabo zatrzymało nas i kilku innych turystów czterech indiańskich chłopców, ubranych w typowe kolorowe poncza. Zaczęli śpiewać i tańczyć, przy czym dwóch z nich poprosiło przyglądające się ich występom panie do tańca. Panie początkowo się wzdragały i wymawiały nieznajomością tego rodzaju tańca, zapewne widząc ręce chłopców, które były- delikatnie mówiąc- dalekie od czystości, ale w końcu ustąpiły. Oczywiście celem tych występów było zebranie od widzów nieco pieniędzy. Trochę dalej spotkaliśmy pięknie wystrojoną Indiankę z małym dzieckiem, która pozowała do zdjęć. Wobec dużej ilości przybywających tu turystów, był to codzienny sposób tutejszych mieszkańców na dorobienie do domowych budżetów. W niższej części Ollantaytambo było źródełko spływające po skale, które – według legendy- miało mieć magiczną moc i odmładzać o co najmniej 15 lat. Skorzystaliśmy z żoną z okazji i przemyliśmy twarze. Pozytywnym efektem było odświeżenie po wędrówce wśród ruin. Na pozostałe magiczne skutki nadal czekamy.