Wydawnictwa Akademickie
zobacz wszystkie działy
Wydawnictwa Literackie
zobacz wszystkie działy
Twój koszyk
Twój koszyk jest pusty.
Zapraszamy na zakupy!

sprawdź koszyk

Subskrypcja
Podaj swój adres e-mail,
aby otrzymywać informacje
o nowościach w serwisie.

Katalogi

Katalog tytułów

Katalog autorów

generuj listę książek

Dodatek specjalny do Rzeczpospolitej

Fragmenty » Godzina wysp
[...] Takim potężnym łykiem wyspiarskiej geomorfologii zachłysnęliśmy się już w czasie pierwszej greckiej podróży, na Skiatos. Była pod ręką, była trochę przypadkiem. Ale lepiej się takich doświadczeń wystrzegać, tzn. zaczynać skromniej. Po Sporadach nawet Dodekanez, znacznie bardziej monotonny, suchy i surowy nie zachwyca. Tak się bowiem składa, że Skiatos i w ogóle Sporady to grupa najwspanialszych i najbogatszych w krajobrazy wysp Śródziemnomorza. Są klify płaskie, fliszowe, pionowe, plaże piaszczyste, skaliste, żwirowe, pospólne, białe, szare, kremowe, czerwone. Każda - zakomponowana w kompletną enklawę, w zatoczkę na ludzką skalę. Jest głęboka zieleń i zupełna jałowość, a opuncje rosną obok pinii. Tutaj przeżywa się śródziemnomorską inicjację, przepływając przez którąś z „błękitnych grot” lub skalnych bram. Takie doświadczenie nie da się z niczym porównać, spod żaru słonecznego wpływamy w cienisty chłód, a tam nagle ścieśniona fala biegnąca naprzeciw podrywa wzwyż, pod sklepienie. I w panice uciekając przed skałą, zanurza się wtedy twarz, by zobaczyć spokojną, skośnie prześwietloną, przepastną głębię z piaszczystym dnem. Fruniemy nad nią lekko. To, co wydawało się ponad siły, staje się nagle proste i wykonalne. Opór fali słabnie. Ruchem dłuższym i spokojnym prześlizgujemy się przez to ucho igielne w morze, pod słonce, w kierunku horyzontu.
   Wybrzeża wysp są bogate w znaczenia. Tu koncentruje się aktywność rybaków, żeglarzy, handlarzy, przemytników, rozbójników, zdobywców, playboyów. Tu objawiają się święci i prorocy wstępujący z portu do miasta, by zjednywać nowych wyznawców, a marynarze szparko podążają do tawern szukając łatwych uciech. Tu zbiera się owoce morza, żółwie jaja i skarby z rozbitych szkunerów. Tu rozbitek wstaje do nowego życia, a z fal wyłaniają się syreny, ludożercy i piraci. Na wybrzeżu wyspy może zdarzyć się wszystko. Dodajmy:- wszystko, co materialne, zmysłowe, „doczesne”. Dlatego wczasowicze niechętnie opuszczają wybrzeża wysp egzotycznych. Luksusowe biura turystyczne zrozumiały to już dawno. Dbają, by żaden szanujący się północny sybaryta nie popadł w szaleństwo opuszczania ich posiadłości „przy plaży”, wędrując w skwarze, pyle i pod górę do jakichś starodawnych skorup oraz ruin. Dla nich wyspa to po prostu wybrzeże, sam brzeg tylko, gdzie spokoju nie zakłóca żaden zew z głębi lądu. Wiadomo przecież, że choćby nie wiem co tam było, to trochę dalej jest na pewno brzeg przeciwległy, a więc od brzegu nie uciekniemy i tak – lepiej od razu poddać się i oddać dolce farniente.
                                                                                                                ss. 40-41
 
 
[…] Strzelista wieża stawiana na miejscu Word Trade Center ma coś z tych posągów Wyspy Wielkanocnej, jest bardziej pomnikiem demonicznej Al Kaidy niż jej ofiar. W tym monumencie odbija się odwieczne pragnienie oporu wobec nieznanego losu, chęć przeciwstawienia nieznanej wielkości – wielkości własnej, co najmniej równej. Pośrednio jest to więc bez wątpienia hołd wobec ciemnych sił, świadectwo ich wielkości. Inicjatywy takich hołdów rodzą się w zamknięciu, w odosobnieniu, za murem, na wyspie. Oddzielone „żelazną kurtyną” państwa i narody przypisywały sobie nawzajem właściwości mityczne („imperium zła”, imperium neokolonialne, imperium pieniądza itp.). Zamknięta przestrzeń wymaga kompensacji w wyobraźni, granice zdolne są więc tam do wielkich rzeczy.
   W sumie jednak, od czasów średniowiecznych, granic fizycznych coraz mniej, a sztuczne ewoluują i stają się bardziej wyrafinowane, wirtualne. Wyspy znikają z oczu, przechodzą w mgławice i widma. Pragnienie wyspy zaś - to pragnienie granicy absolutnej i ostatecznej, to pragnienie cofnięcia się do czasów, kiedy takie granice były co krok. A najpotężniejsza z nich i nieusuwalna - to ocean.
     Choć nietrudno zauważyć, że naturalne wyspy są ubogie, a życie na nich - ograniczone, że dość łatwo nimi zawładnąć, to z pewnością mają jedną przewagę nad lądowymi jednostkami politycznymi, urbanistycznymi czy enklawami etnicznymi. Fizycznych granic wyspy nie da się zmienić. Wojna może przetrząsać granice państw na całych kontynentach, ale żadna wojna nie może zmienić granic najmniejszej wyspy. To jest ten stały, ważny składnik ich tożsamości. Natury w tym jednym wymiarze nie można pokonać lub istotnie przekształcić. Może, w ostatecznym rozrachunku, to właśnie jest najważniejsze źródło tej „wyspowej” mitologii człowieka Zachodu, który nawykł do ciągłych zmian, jakich sam dokonuje i jakich pożąda. Wyspę jako obszar może zmienić tylko sama natura, tylko niezbadane i tajemne wyroki losu.
                                                                                                              ss. 55-56
 
Przestrzeń Sążnista
 
Rano, jeszcze z przymkniętymi oczami obmacuję przestrzeń Scherii. Oglądam ją pod powiekami. Bungalow tkwi na urwistym stoku, między piniami, na północno-wschodnim odcinku wybrzeża (kiedy otworzę oczy, zobaczę Albanię). Ponad głową –szosa wcięta w klif, jeszcze ponad nią, stromo - potężniejszy las na masywie Pantokratora. Na przystanek autobusu (klimatyzowanego otwarciem drzwi) trzeba przyjść znacznie przed wyznaczoną godziną, bo nie będzie czekał. Ale może też nie przyjechać w ogóle. Szosa skręca szaleńczo w dół, potem wzdłuż plaży, którą odcina od setki barów z pokojami do wynajęcia. Mówi się, że to oaza homoseksualistów. Dalej szosa biegnie wzdłuż sierpowatej zatoki Gouvia i kończy się gdzieś przy placu w mieście Korfu. Przeciwny kierunek, północny, to wspinanie się; droga kręci nad Kalami, gdzie Henry Miller z Lawrence’m Durrelem biegali na golasa po skałach, a wieśniacy przychodzili ich tu podziwiać, niczym rozwydrzonych satyrów. Potem zjeżdża się ku Kassiopi i dalej na północne „płaskocie” Acharawi, Rody i Sidari z „Kanałem miłości’. Można też odbić w góry, ku wioskom, gdzie autobus przeciska się między budynkami, a mieszkańcom się płaci, by nie otwierali okien, które tu otwiera się, rzecz prosta , na zewnątrz. Tylko przy zamkniętych można przejechać.
          Jest to jońska, sążnista przestrzeń. Równanie opisujące horyzontalną „zawartość” ( czy też – względną rozciągłość) wyspy trzeba by tu uzupełnić o trzeci wymiar, a także o jakiś parametr rozmaitości wypełnienia tej przestrzeni. Z pewnością wynik byłby imponujący.
                                                                                                                   s. 317
 
                                                                                                                                                                             
 
Któregoś ranka na Rodos pojechaliśmy z Pawłem do miejscowości Kalithea na wschodnim wybrzeżu, by ponurkować w zatoczce. I zupełnym przypadkiem trafiliśmy w ruiny termalnego kąpieliska nad plażą, pozostałe jeszcze po wojennych bombardowaniach, otoczone zachęcającą kolumnadą i pergolą Pietra Lombardiego, tego samego, który tworzył cudowne rzymskie fontanny. Gorące źródło przestało płynąć po skalnej pochylni, ruinę pokrywały chwast i zdziczała róża. W owalnym, betonowym, piętrowym budynku tylko chrzęścił gruz i brzęczały cykady. Weszliśmy ostrożnie, pod wiszącymi na prętach kawałami stropów by zajrzeć do kolejnych ciemnawych pomieszczeń, niby cel z małym okienkiem, dawno bez drzwi. W każdym klozet, wanna, bidet. Klozet, prysznic. Klozet, umywalka. Dziesiątki sraczy, setki sraczy, cały niekończący się, krągły ordynek sraczy. Budynek wyglądał na porzucony przez plemię dręczone gargantuiczną biegunka. Wszędzie resztki jednakowych, szpitalnych płytek glazury, jakby tu odbywał się zbiorowy, sanatoryjny rytuał wyznawców rozwolnień i wrzodów żołądka z całej europy. Jakby tu pielgrzymowali, chcąc pozbyć się zgromadzonych w całym życiu, jadowitych treści, by móc dalej takie treści gromadzić. I nie należało w termach Kalithei myśleć o joannickich murach, w które wsiąkała krew Zachodu, by gorzką groteską nie psuć lata.
                                                                                                                                                                                                                                                          s. 374





« powrót
Oficyna Wydawnicza ŁOŚGRAF
Elektoralna 11
00-137 Warszawa
tel. (22) 624-88-15
tel/fax (22) 890-98-66
[ więcej » ]