„Z drżeniem serca wchodziłem na drugi dzień do gmachu, z którego często się na wolność nie wychodziło. Z pokoju nr 2 skierowano mnie na piętro, a stamtąd znów na parter do tego samego pokoju, z którego przed chwilą w dość ordynarny sposób wygnano. Tym razem ten sam osobnik zrobił się uprzedzająco grzeczny. Kazał mi usiąść w miękkim fotelu, zaproponował tak, jak osobie dorosłej papierosa i spokojnym głosem zaczął się rozwodzić nad moją ciężką sytuacjaą materialną przed wojną, nad trudnościami, z jakimi musiałem walczyć, aby dostać się do gimnazjum. Mój mistrz śledztwa zrobił jeszcze bardziej współczujący wyraz twarzy, gdy powiedział:
– I w końcu ciebie wyrzucono ze szkoły za to, że byłeś biedny.
– Nigdy nie byłem usunięty ze szkoły – zaprzeczyłem.
– Jak to nigdy!? Przecież wczoraj przyznałeś się do tego przy tamtym stoliku – wrzasnął czerwony Sherlok Holms, wskazując ręką na stojące puste biurko.
– Nigdy nie byłem o nic pytany i tutaj jestem, po raz pierwsza – odpowiedziałem bliski płaczu.
– No nie płacz – spokojnie odezwał się funkcjonariusz NKWD – ja tylko tak zażartowałem.
Po krótkiej przerwie rzucił niby mimochodem pytanie:
– Piałuchu ty znajesz?
Nie mogłem zrozumieć o co właściwie chodzi:
– Nie wiem o co chodzi – odpowiedziałem wzruszając ramionami.
– Chodzi o szkolnego inspektora Piałuchę – wyjaśnił enkawudysta.
– Znam.
– Tak? Co możesz o nim powiedzieć – ożywił się.
– Nic.
– Jak to nic?! – oburzył się. – Przecież powiedziałeś, że go znasz.
– Tak, znam, taki stary, łysy.
– Właśnie! Skąd go znasz?
– Ze szkoły – odparłem. – Przyjeżdżał do nas ze dwa razy do szkoły, a że ma kanciastą głowę, łatwą do narysowania, więc go wszyscy zapamiętaliśmy:
– O czym z wami rozmawiał?
– Siadywał na ostatniej ławce i słuchał, a od czasu do czasu pytał tabliczki mnożenia, albo o datę chrztu Polski lub bitwy pod Grunwaldem.
– Nic więcej? – pytał zawiedziony i znudzony już enkawudysta.
– Nic. – No to jazda do domu! (...)”










