Przed kilkoma laty, gdy moja żona rozpoczynała walkę ze śmiertelną chorobą, przyszedł do mnie list z Czerwonego Krzyża. W kopercie była druga koperta - od mojej Włoszki. Donosiła mi, że od roku jest wdową, że mimo wszystko jest szczęśliwa przy boku syna i jego rodziny. Do listu dołączyła fotografię:
Starsza siwa pani z dobrotliwym uśmiechem, godnie siedząca w fotelu. Obok syn - wysoki przystojny blondyn w mundurze oficera włoskiej armii, na ręce trzyma może dwuletniego chłopczyka. Z drugiej strony siedzącej Włoszki stoi piękna, czarnowłosa, młoda kobieta, a przed nią stoi drugi chłopiec, może siedmio - ośmioletni. Syn Włoszki jest uderzająco podobny do mnie z 1946 roku, a wnuczęta też - z pierwszych lat mojego życia.
Schowałem głeboko w biurku list i fotografię. Nikt - poza mną - nie widział i nie powinien zobaczyć jedynego dowodu mego ojcostwa. Nie, nie odpisałem i nie odpiszę - niech pozostanie tak, jak chciała, jak każe mi moja godność.
Starsza siwa pani z dobrotliwym uśmiechem, godnie siedząca w fotelu. Obok syn - wysoki przystojny blondyn w mundurze oficera włoskiej armii, na ręce trzyma może dwuletniego chłopczyka. Z drugiej strony siedzącej Włoszki stoi piękna, czarnowłosa, młoda kobieta, a przed nią stoi drugi chłopiec, może siedmio - ośmioletni. Syn Włoszki jest uderzająco podobny do mnie z 1946 roku, a wnuczęta też - z pierwszych lat mojego życia.
Schowałem głeboko w biurku list i fotografię. Nikt - poza mną - nie widział i nie powinien zobaczyć jedynego dowodu mego ojcostwa. Nie, nie odpisałem i nie odpiszę - niech pozostanie tak, jak chciała, jak każe mi moja godność.










