(...) Zwykła codzienna modlitwa. Łaska. Zwykłe codzienne życie. Tak Hetmankowie odkryli w sobie źródło życia. Które nigdy nie wysycha. Obleczone na pewien czas w materialny kształt powraca nieprzerwaną rzeką do swego Stwórcy i Odkupiciela.
Niczego nie żałowali. Obydwoje wiedzieli już, jacy są naprawdę i czego mogą się po sobie spodziewać. Ich życie na pierwszy rzut oka dla postronnych się nie zmieniło, ale nie pragnęli już żadnej zmiany. Oczywiście Hetmanek Wiesław pozostanie do końca tylko Hetmankiem, próżnym gwałtownikiem i samozwańczym sędzią, ale przy niej, tylko przy niej, schodzi ze swej wieży. A kiedy znowu odlatuje i znowu traktuje ją jak powietrze, Teresa dotyka lekko jego ramienia i mówi cicho:
– Wiesiu, tak mnie boli.
Wówczas odwraca się, przygarnia ramieniem jej drobne ciało i prosi o wybaczenie. Ich wspólny anioł złotej jesieni, unoszący się wśród zaległej ciszy, rozkłada szeroko skrzydła. Wtedy oni robią niewielki krok naprzód.
Jak strumyk, który spokojnie toczy fale, niespodziewanie zdaje się zapadać pod ziemię i należy daleko iść lub długo czekać, by znów go spotkać.
Wystarczy iść Drogą.
Takie Hetmankowe itinerarium.
Byli już tak zmęczeni, że tego dnia położyli przed ósmą. Zasnęli mocnym snem. Po południu odnalazła ich Janka, najmłodsza córka. Nadal płynęli przez spokojne morze niewinnych. Z szeroko otwartymi oczyma.
(fragment opowiadania „Krótka historia wieczności”










