„Obudziła się, jak zwykle od tygodnia, w środku nocy rozdygotana, z twarzą zalaną łzami i rozpaczą w sercu.
Wąski prostokąt okna kładł się na ceglanej podłodze plamą drżącej poświaty, a cisza byłaby zupełna, gdyby nie daleki a miarowy tupot, któremu towarzyszyło pobrzękiwanie żelaza.
Siadła na łóżku nasłuchując. Spod przeciwległej ściany buchnął nagle gwałtowny kaszel, mącąc ciężki i nierówny oddech chorej.
Zerwała się i przypadła do posłania.
– Podniosę cię, będzie ci lżej — szeptała prędko obejmując wychudłe plecy przyjaciółki. – Oprzyj się na mnie. – Drugą ręką chustką ścierała wąską strużkę krwi, sączącą się z kącika ust młodej kobiety.
Wydało jej się nagle, że daleki dotąd tupot jak gdyby się przybliżył, a owo pobrzękiwanie wyraźnie już było szczękiem broni.
Chora także usłyszała te groźne odgłosy.
– Idą – zaszemrała wśród kaszlu. – Idą po mnie.
– Ależ nie, każdej nocy tak chodzą. Nic o tobie nie wiedzą.
– Wiedzą – upierała się. – Wiedzą wszystko. Ale ja nie pójdę do więzienia... Nie, nie... ja... – jeszcze gwałtowniejszy atak kaszlu rzucił ją, bezsilną, na poduszki.
– Cicho, cicho, zaszkodzisz sobie...
– Mnie już nic... nie zaszkodzi... nic... Czy schowałaś dokumenty?
– Dałam matce Mitou na przechowanie.
– To dobrze... Pamiętaj, ten notariusz... To bardzo ważne... musisz być pewna siebie... I nie bać się... Ja się też nie bałam... Nawet teraz... Słyszysz? Już są blisko...
Cicho skrzypnęły drzwi i tęga kobieta w grubej płóciennej koszuli stanęła na progu.
– Czy to ty, matko Mitou? – spytała chora.
(...)”










