Od wojny światowej minęło już dobre pół wieku, ale czytelnicy wciąż dostają do ręki wspomnienia wnoszące niemało wiedzy o okupacyjnej rzeczywistości i pozwalające lepiej ją zrozumieć. Teraz głos należy do kobiet. Ich historia wojny i okupacji, pełna mrówczej troski o ugotowanie zupy, o pocerowanie skarpetek dzieciom i dzielnym mężom, pełna setek kilometrów przemaszerowanych z bibułą, konspiracyjnymi papierami, bronią, we wspomnieniach mężczyzn znika najczęściej za szarmanckim frazesem. Kilka ważnych wojennych wspomnień, które ukazały się ostatnio, wreszcie opowiada o tych czasach z perspektywy kobiet, np. "Wojna i okolice" Antoniny Spandowskiej (Oficyna Wydawnicza "ŁośGraf", Warszawa).
Chęć spojrzenia na historię z osobistej perspektywy, wniknięcia w myśli konkretnych osób budzą wspomnienia ludzi żyjących na dalszych planach wielkiej historii. Wśród takich okupacyjnych wspomnień miejsce szczególne zajmuje książka Antoniny Spandowskiej. We wrześniu 1939 roku młoda poznanianka, studiująca i zarabiająca na życie w Warszawie, ruszyła na okupacyjną tułaczkę. Grozie wojny przyglądała się bystro i uważnie, rejestrując sytuacje i drobiazgi, których trudno szukać w innych okupacyjnych wspomnieniach.
Oto wrześniowi żołnierze beznamiętnie opowiadają jej, że gdy oficerowie kazali im się bronić, a sami chcieli odjechać z pola bitwy w poszukiwaniu dowództwa, zastrzelili oficerów i rozeszli się każdy w swoją stronę. Oto zabierają ją do swego samochodu oficerowie jadący w stronę Rumunii. Gdy nadlatują niemieckie samoloty, oficerowie wysiadają, strzelają do nich z karabinów, potem stają na popas. Rozkładają wojskowe płaszcze i zapraszają do siadania: "Niech pani nie siada na swoim, nie wiadomo, jak długo będzie musiał pani służyć. Proszę siąść na naszych, ma pani prawo, to są pani podatki".
Opowieść Spandowskiej pełna jest arcyciekawych szczegółów z życia codziennego (np. na początku okupacji warszawiacy nazywali mieszkańców Krakowa "płaskorzeźbami", gdyż uważali, że płaszczą się przed Niemcami).
Autorka wspólnie z narzeczonym działała w konspiracji (on kolportował podziemną "Rzeczpospolitą", pracował w Departamencie Informacji i Propagandy Delegatury Rządu, oboje ukrywali Żydów) i przede wszystkim usiłowała jakoś - normalnie - żyć. To jeden z najbardziej przejmujących opisów codziennej walki kobiet o normalne życie i prawo do szczęścia, gdy obok giną ludzie.
Spandowska przyglądała się krytycznie okupacyjnej rzeczywistości i sobie samej. Z imponującą szczerością zapisuje swoje reakcje w chwilach trudnych - gdy np. nocą zastała na schodach żydowskie dzieci, nakarmiła je, ale za namową męża nie przyjęła na noc do konspiracyjnego lokalu (z czym później długo nie mogła się pogodzić).
Ta opowieść ma wiele wspólnego z doświadczeniem arystokratycznego arcyszpiega, hrabiny Mańkowskiej. Godność, styl, fason, forma dla obu dam były najważniejszą obroną przed agresją i zdziczeniem okupacyjnej rzeczywistości. We wrześniu 1939 r., w Kowlu, Spandowskiej urwał się guzik od kostiumu. Znajomy student zwrócił uwagę młodej pannie. "Co tam guzik, kiedy jest wojna" - odpowiedziała. Student na to: "Wojna czy nie wojna, guzik ma być, gdzie się należy". Od tej pory Antonina Spandowska wszystkie guziki miała tam, gdzie należało.
Felieton Włodzimierza Kalickiego z cyklu "Czytajcie, a znajdziecie"
Chęć spojrzenia na historię z osobistej perspektywy, wniknięcia w myśli konkretnych osób budzą wspomnienia ludzi żyjących na dalszych planach wielkiej historii. Wśród takich okupacyjnych wspomnień miejsce szczególne zajmuje książka Antoniny Spandowskiej. We wrześniu 1939 roku młoda poznanianka, studiująca i zarabiająca na życie w Warszawie, ruszyła na okupacyjną tułaczkę. Grozie wojny przyglądała się bystro i uważnie, rejestrując sytuacje i drobiazgi, których trudno szukać w innych okupacyjnych wspomnieniach.
Oto wrześniowi żołnierze beznamiętnie opowiadają jej, że gdy oficerowie kazali im się bronić, a sami chcieli odjechać z pola bitwy w poszukiwaniu dowództwa, zastrzelili oficerów i rozeszli się każdy w swoją stronę. Oto zabierają ją do swego samochodu oficerowie jadący w stronę Rumunii. Gdy nadlatują niemieckie samoloty, oficerowie wysiadają, strzelają do nich z karabinów, potem stają na popas. Rozkładają wojskowe płaszcze i zapraszają do siadania: "Niech pani nie siada na swoim, nie wiadomo, jak długo będzie musiał pani służyć. Proszę siąść na naszych, ma pani prawo, to są pani podatki".
Opowieść Spandowskiej pełna jest arcyciekawych szczegółów z życia codziennego (np. na początku okupacji warszawiacy nazywali mieszkańców Krakowa "płaskorzeźbami", gdyż uważali, że płaszczą się przed Niemcami).
Autorka wspólnie z narzeczonym działała w konspiracji (on kolportował podziemną "Rzeczpospolitą", pracował w Departamencie Informacji i Propagandy Delegatury Rządu, oboje ukrywali Żydów) i przede wszystkim usiłowała jakoś - normalnie - żyć. To jeden z najbardziej przejmujących opisów codziennej walki kobiet o normalne życie i prawo do szczęścia, gdy obok giną ludzie.
Spandowska przyglądała się krytycznie okupacyjnej rzeczywistości i sobie samej. Z imponującą szczerością zapisuje swoje reakcje w chwilach trudnych - gdy np. nocą zastała na schodach żydowskie dzieci, nakarmiła je, ale za namową męża nie przyjęła na noc do konspiracyjnego lokalu (z czym później długo nie mogła się pogodzić).
Ta opowieść ma wiele wspólnego z doświadczeniem arystokratycznego arcyszpiega, hrabiny Mańkowskiej. Godność, styl, fason, forma dla obu dam były najważniejszą obroną przed agresją i zdziczeniem okupacyjnej rzeczywistości. We wrześniu 1939 r., w Kowlu, Spandowskiej urwał się guzik od kostiumu. Znajomy student zwrócił uwagę młodej pannie. "Co tam guzik, kiedy jest wojna" - odpowiedziała. Student na to: "Wojna czy nie wojna, guzik ma być, gdzie się należy". Od tej pory Antonina Spandowska wszystkie guziki miała tam, gdzie należało.
Felieton Włodzimierza Kalickiego z cyklu "Czytajcie, a znajdziecie"










